Panna w domu.

Nie zastanawiałam się zbyt długo nad nazwą bloga. O ile określenie jego tematyki stanowiło dla mnie duże wyzwanie, o tyle jego nazwa wydała mi się najbardziej naturalną rzeczą na świecie. Wiedziałam, że chce pisać mocno ogólnie. Nie jestem specjalistką w większości życiowych tematów. Gdyby podzielić tematykę tego bloga na małe podkategorie w których miałabym zmierzyć się z innymi, zapewne bym poległa. Mimo to czuje jednak, że jestem całkiem niezła, bo każdą z tych rzeczy ogarnęłam na tyle, aby ułatwiała mi ona życie.

Gdy wybił mi 22 rok życia poznałam swojego partnera. Gdy stuknęły mi 24latka po raz pierwszy wyprowadziłam się z rodzinnego domu i zamieszkałam z chłopakiem. Stałam się jedyną kobietą w domu. Dzięki presji życia, bo obiad sam się nie ugotuje, a mieszkanie samo nie posprząta i pomimo dużego wsparcia partnera, który także sprząta i gotuje i remontuje, czułam się wrzucona na głęboką wodę. Nagle musiałam poznać wszystkie te sztuczki, które oglądałam w wykonaniu mojej mamy czy babci przez wszystkie te lata. Jak jednego dnia ugotować obiad, sprzątnąć mieszkanie, zrobić zakupy, popracować te standardowe 8 godzin i nie zwariować? Ewentualnie nie paść w połowie drogi. Jak w ogóle utrzymać porządek w mieszkaniu? Czemu jedzenie tyle kosztuje? I kto u diabła wymyślił te chore ceny firan czy koszów na pranie? Dlaczego moje wyprane ubrania nie pachną tak świeżo jak mamy? I czemu zawieszenie półki zajęło mi dwie godziny, gdy mój tata wkręca ją w 10 minut? Wszystko to stanowiło dla nas wyzwanie i nowość. Sami wieszaliśmy półki, malowaliśmy szafy, musieliśmy sobie gotować i nie zapomnieć o praniu plus prasowaniu. I tak na pewnym etapie, gdy powoli zaczęłam mieć swoje życie i mieszkanie znów pod kontrolą pomyślałam sobie: ej, to byłby w sumie świetny pomysł na bloga. W końcu miliony ludzi w moim wieku, bądź też starszych/młodszych właśnie to przeżywa. Zaczyna własne życie i samodzielne mieszkanie i staje oko w oko z wredną pralką, przypalającym piekarnikiem czy szafą od czapy. A nie ma nic gorszego i trudniejszego niż przyjść do rodziców z pytaniem: totalnie sobie nie radzę, jak mam to wszystko zrobić?!

Skąd więc „panna w domu”? Absolutnie nie wynikło to z mojego stanu cywilnego, już szybciej ze stanu posiadania, bowiem, mieszkanie w którym mieszkamy w żadnym stopniu nie jest moje, czułam więc się dziwnie tytułując siebie panną domu, który nie jest mój. Wersja „w domu” była tutaj moim własnym, wewnętrznym kompromisem. Czemu panna nie pani? Wiecie przez 22lata codziennie przyglądałam się mojej mamie i babci. Kobietom które wychowały dzieci, które codziennie podawały ciepły obiad na stół, które zawsze miały w zapasie dla każdego domownika czyste i wyprasowane ubrania, które ogarniały podział sprzątania w pięć minut, a przy okazji były bardzo aktywne zawodowo. Dla mnie one były, są i będą fantastycznymi paniami domu. Mnie do tego tytułu sporo jeszcze brakuje. Przypuszczam, że w najlepszym przypadku na tytuł prawdziwej pani domu zasłużę sobie koło 30stki. Póki co poczuwam się więc do bycia panną w domu. Dziewczyną, która czasem zafarbuje całe pranie, czasem spali obiad, ułamie stolikowi nogę czy porysuje blat próbując go odnowić. Równocześnie dziewczyną, której wiele rzeczy wychodzi naprawdę fajnie, która sporo się już nauczyła i która zrobiła ogromne postępy w swojej drodze do zostania panią domu. I właśnie dlatego, na tym blogu chciałabym podzielić się wszystkim tym czego zdążyłam się już nauczyć i czego ciągle się uczę i uczyć będę. Oby i wam się te doświadczenia przydały!