Nasze wielkie greckie…wakacje.

Za cel naszej podróży podczas wakacji w 2016r. obraliśmy Grecję. Ze względu na to, że były to nasze pierwsze wspólne, zagraniczne wakacje, stwierdziliśmy, że musimy znaleźć miejsce w którym żadne z nas nie było, a przy okazji, da się tam i poleżeć plackiem na plaży i trochę pozwiedzać. Wyspy nadają się do tego idealnie, zwykle są na tyle małe, że w 2-3 dni można je spokojnie objechać, a równocześnie w większości wypadków otoczone są pięknymi plażami i niesamowitym horyzontem. Zaciągnęliśmy zatem nieco informacji od znajomych i skusiliśmy się na najbardziej zieloną grecką wyspę – Korfu.

Pojechaliśmy z biurem podróży Itaka, na dwa tygodnie w połowie sierpnia. I całkiem spudłowaliśmy z pogodą. Przyznam szczerze, że to właśnie ona okazała się największym problemem naszego wakacyjnego wyjazdu. W Polsce w tym czasie panowały duże upały, a moja rodzinka siedziała na Majorce. Nie trudno wyobrazić sobie zatem moją minę, gdy dzwoniłam do znajomych i rodziców i słuchałam ich entuzjazmu na temat 35 stopni Celsjusza, patrząc jak za oknem leje ulewny deszcz. Przez blisko jedną trzecią naszego wyjazdu, lało całe dnie. Pozostałe dni choć słoneczne, no dobra, ze dwa były za mgłą, nie były specjalnie upalne, a wiatr od morza potrafił przyprawić o dreszcze. Przez cały nasz pobyt mieszkaliśmy w miejscowości Roda. Jest to typowe brytyjskie miasteczko, z kilkoma barami, skupiającymi się głównie na meczach piłkarskich i paroma drogimi sklepami. Plaża nie zachwyca, jest dość wąsko i najzwyczajniej w świecie brudno. Większość czasu spędzaliśmy zatem nad basenem.

Od początku wiedzieliśmy, że nie będziemy słuchać opiekunki wycieczki i nie uda jej się zniechęcić nas do lokalnego transportu. Podróżowałam dotychczas sporo i jeszcze nigdy nie trafiłam do miejsca, w którym nie byłoby absolutnie żadnego alternatywnego transportu wobec biur podróży. I rzeczywiście w samym centrum miasta znajdował się elegancki przystanek, na który regularnie i jedynie z niewielkim opóźnieniem przyjeżdżały tzw. green busy. Wbrew naszym obawą okazały się one świetnymi, nowoczesnymi autokarami z klimatyzacją. Były też super zorganizowane czasowo, najpierw wszyscy wsiadali, a gdy autobus już ruszył, a ludzie się rozsiedli, pan obsługujący i płynnie mówiący po angielsku, sprzedawał kolejno bilety, dodając do nich karteczkę w języku angielskim z dokładnym rozkładem jazdy autobusów po całej wyspie. Pozwalało to skutecznie uniknąć długiej kolejki na zewnątrz i umożliwiało zaplanowanie sobie od razu powrotu. Dzięki tym karteczką nie musieliśmy się stresować jeśli uciekł nam zaplanowany autobus, bo bez problemu mogliśmy sprawdzić, kiedy przyjedzie następny. Za pomocą green busów przejechaliśmy trasę do: Sidari, Kassiopi oraz Korfu Town. Wszystkie trzy wycieczki za sam przejazd kosztowały nas mniej, niż zaledwie jedna z nich w biurze podróży, dając nam pełną swobodę co do czasu i planu wycieczki.

Sama wyspa jest w moim odczuciu zapierająca dech w piersiach. Nie widziałam jeszcze morza o tak pięknym kolorze, skał tak pięknie drążonych i plaż niczym z okładki „national travel”. Nigdzie indziej nie jadłam tak pysznie przyrządzonej jagnięciny i nie widziałam takiej rozmaitości atrakcji. Przejazd z jednego miasteczka do drugiego, był niczym przejście do innego świata. W Kassiopi zachwycaliśmy się twierdzą, urokliwym portem i niezwykłymi greckimi budynkami. Przypadkiem trafiliśmy tam także na plażę nieco schowaną, a zarazem nazywaną najpiękniejszą na całej wyspie, z czym w pełni się zgadzam. W Sidari podziwialiśmy cudowny kanał de’Amore i znajdującą się tuż obok niego iście bajkową zatokę, równocześnie czując na plecach oddech tłumu turystów. Korfu Town stanowiło przyprawiającą o zawrót głowy włosko-francuską mieszankę. Po dziś dzień zamykając oczy, jestem w stanie odtworzyć w swej głowie gwar tych małych ciasnych uliczek, wypełnionych rozmowami i pokrzykiwaniami niczym na tureckich targach. Peroulades zaprezentowało nam potęgę natury, w niezwykle majestatycznych klifach. Przy okazji drogi do niego mogliśmy podziwiać także typową grecką wioskę, malutką, skromną, z mnóstwem kotów i kobietami śledzącymi każdy nasz ruch znad kawy pitej na balkonie. Podsumowując, zdecydowanie warto wybrać się na Korfu, jeśli chce się nieco zwiedzić i ujrzeć zapierające w dech piersiach widoki. Jeśli jesteście raczej typem „stabilnego plażowicza”, możecie się dość mocno rozczarować, bo pogoda na Korfu bywa bardzo wybredna.

A już wkrótce na blogu seria wpisów o miejscach na wyspie, które warto zwiedzić!

  • Martyna Dodziks

    My też mieliśmy się wybrać na nasze pierwsze wakacje za granicą, ale zaszłam w ciążę po nie ryzykowalismy. Zazdroszczę. Choć szkoda że nie trafiliscie z pogoda! Masakra 🙁 na plaży brudno? Boże… to już w ogóle jakaś masakra!

    • O kurcze, to nieźle 🙂 Ale co się odwlecze to nie uciecze, więc na kolejne wakacje z pewnością wybierzecie się już w trójkę 🙂 O tak, pogoda była naszym największym koszmarem, ale z drugiej strony umożliwiała intensywne wycieczki piesze, więc były też jakieś plusy. Hotelowa plaża była czyściutka, natomiast na miejskiej panował taki syf, że ani razu nie zdecydowaliśmy się usiąść w tym brudzie :/