Nowe życie krzeseł.

Nigdy nie miała ani talentu ani serca do twórczości własnej, szczególnie wszelkich robotek budowlanych. W sensie no wiecie…jestem dziewczyną, więc siłą rzeczy przez całe moje ćwierćwiecze spędzone w domu rodzinnym, przyglądałam się biernie takim pracą w wykonaniu mojego taty. W końcu jednak na świecie zapanowała moda na DIY. Zerkałam z nieufnością na najróżniejsze tutoriale, myśląc sobie: ło matko boska kto ma na to czas i umiejętności. I w końcu przyszło mi to sprawdzić w praktyce, bowiem w domu mojego partnera natknęłam się na dość zaniedbane krzesełka. Okazało się, że dostał je w spadku po poprzednich właścicielach i tak sobie stały przez kolejnych kilka lat. Dawniej zapewne eleganckie krzesła, zostały porysowane, obdrapane z farby w wielu miejscach, a siedziska trzymały się swojego miejsca w zaledwie dwóch na pięć przypadków. Wkurzona nieustannym ich widokiem i koniecznością ciągłego uważania na które akurat siadam, zarządziłam w końcu iż musimy je uratować. I tak przystąpiliśmy do ich odnowienia.



Lista zakupów:

– zszywacz ręczny oraz zszywki – zakupiliśmy zszywki 6 i 8mm. Po fakcie zdecydowanie wybrałabym 6mm, bowiem ręczne zszywacze nie wbijają się zbyt dobrze w twarde drewno i większa wersja, dość mocno wystaje ponad tkaninę.
– tkanina – zamówiliśmy na allegro 2,5m tkaniny z wzorem zebry na pięć krzeseł. Nieco nam zostało (prawdopodobnie uszyje z nich pokrowce na poduszki), dziś kupilibyśmy 1,5 – 2m.
– klej – nasze siedziska oprócz śrubek, były dodatkowo klejone, tak więc dla ich stabilności odtworzyliśmy pierwotną wersje przyspawania. Klej do drewna znajdował się już w naszych zasobach.
– folia malarska – zakupiliśmy najtańszą i najmniejszą czyli 20m2. Sprawdziła się bezproblemowo.
– czarna farba – tego zakupu dokonaliśmy w OBI, bowiem tylko u nich znaleźliśmy niedrogą farbę 2w1 czyli podkład plus farba akrylowa. Kupiliśmy pół litra, spokojnie wystarczyło nam 0,25l.
– papier ścierny – początkowo kupiliśmy gramature 120, jednak szybko okazało się iż na nasze krzesła położone zostały 3-4 warstwy farby, a więc przerzuciliśmy się na solidny papier o gramaturze 400.
– pędzel – tutaj najważniejszy był dla nas kształt, bowiem szerokie pędzle nie nadawałyby się do wąskich elementów oparcia.

Na wszystko to wydaliśmy finalnie 110zł co oznacza, ze na jedno krzesła przeznaczyliśmy 22zł. Moim zdaniem wynik całkiem fajny, szczególnie iż firmy od renowacji mebli proponowały nam koszt 150zł za sztukę. I tu wyszedł ze mnie centuś krakowski pod hasłem: ja tego taniej nie zrobię, ja!? Przy okazji rozmów rodzinnych, wypłynął także fakt posiadania przedpotopowej szlifierki marki elektra, która okazała się zaprawdę zbawienna. Uzbrojeni przystąpiliśmy zatem do działania.

1. Na początku zafundowaliśmy sobie ekspresową zabawę pt. zgub się w foli ochronnej. Nie wprawieni, nie pomyśleliśmy o zamknięciu balkonu i tak mogliśmy podziwiać swobodny lot 20m2 foli. Na szczęście sytuacja została szybko opanowana.

2. Następnie postanowiliśmy nieco poruszać głowami. I zafundować sobie niewielki wstrząs mózgu. Naprawdę można się go nabawić, gdy przez trzy godziny trzęsie tobą wielka, ciężka szlifiera. Mimo wszystko przyspieszyła ona robotę o miliony lat, dzięki niej ręcznie musieliśmy ścierać tylko problematyczne miejsca typu: łączenia, gwoździe, okrągłe brzegi. Mimo swej wiekowości, prawdziwa z niej żyleta. Potrafi człowiekiem potrząsnąć.

3. Po oszlifowaniu i nawdychaniu się kurzu i opiłek niczym w Holandii, przetarliśmy krzesełka zwilżonym papierem toaletowym, a podłogę dokładnie odkurzyliśmy.

4. W końcu po upewnieniu się iż żaden nędzny drobinek kurzu, nie stanie nam na drodze do perfekcyjnych krzeseł przystąpiliśmy do części artystycznej. Malowanie. Przy okazji postanowiłam wykropkować sobie stopę i pozostawić nieco barw wojennych na rękach. A niech wiedzą z kim mają do czynienia! Farby położyliśmy dwie warstwy i trzeba jej przyznać wysychała naprawdę ekspresowo. Z efektu jesteśmy zadowoleni, satynowy mat wygląda ładnie, nic już nie przebija, farba równo się wchłonęła, nie zostawiając zacieków. Co więcej była mega wydajna, na dwie tury malowania zużyliśmy zaledwie połowę puszki.

5. Podczas, gdy obramowania wysychały, my poświęciliśmy się pasji krawieckiej. Podział ról nastąpił typowo średniowieczny: ja wycinałam i układałam, chłopak strzelał zszywkami. Po raz kolejny przekonałam się, że przed przystąpieniem do nauki szycia, zdecydowanie muszę poćwiczyć wycinanie materiału w linii prostej. Dla dobra ogółu daruję wam oglądanie strony skrzywdzonej zszywkami i toną krzywego materiału. Ważne, że ta „właściwa” strona wyszła idealna!

6. Finalnie nastąpił moment na relaks. Ustawiliśmy krzesła w pozycji twarzą do telewizora. Nasmarowaliśmy stelaż siedziska solidną warstwą kleju, starannie ułożyliśmy nowo obite cudo i zasiedliśmy wygodnie, poświęcając 25 minut na każde krzesło. Tak po nieco ponad godzinie i paru odcinkach seriali, w glorii chwały przykręciliśmy ostatnie śrubki i z kawą w dłoni mogliśmy podziwiać nasze dzieło. Było takie piękne!

Przyznam wam się iż początkowo krzesła miały być białe. Cały instagram i 3/4 blogo i vlogosfery ma białe krzesła! Po przemyśleniu i wbiciu mi jednakże nieco rozumu do głowy, dotarł do mnie bezsens robienia białych krzeseł na studenckim mieszkaniu. W tym domu wiecznie ktoś się o nie obija, rzuca torbą, rysuje kluczami, albo ociera o ścianę. Po tygodniu wyglądałyby niczym po wojnie. Klasyczna czerń wygrała zatem bezdyskusyjnie. Bardzo zależało mi także na dopasowaniu obicia krzeseł do obicia kanapy, jednakże nigdzie nie udało mi się znaleźć identycznego materiału. W końcu nasze serce skradła zatem mięciutka zeberka. I tak oto powstało nasze pierwsze w życiu DIY. Poświęciliśmy mu dwa dni i dużo śmiechu, ale naprawdę było warto, bo duma ze zrobienia tego samemu jest nieporównywalna. Gorzej, że nie ma na kogo psioczyć za złe wykonanie, jeśli jednak w przyszłości postanowią wyzionąć ducha pomimo naszych starań!